ROZMOWA Z MEZZOSOPRANEM MARTĄ WRYK


Rozmawiają: Agnieszka Grządziel i Nadia Attavanti, Wiedeń 2019 

Marta Wryk jest pochodzącą z Poznania mezzosopranistką, która kształciła się w Warszawie i Nowym Jorku, a od kilka lat mieszka w Kolonii i z powodzeniem wykonuje wiodące mezzosopranowe partie na niemieckich scenach. Za chwilę wystąpi na Gali Finałowej Festiwalu Mozartowskiego w Warszawie, a ja z tej okazji publikuję rozmowę, którą odbyłyśmy pół roku temu we Wiedniu.

Marta Wryk fot: Kinga Karpati 

Ta rozmowa odbyła się w sposób zupełnie spontaniczny podczas spotkania w jednej z wiedeńskich restauracji, przed koncertem w Konzerthaus, na który wybierałam się z Martą. Siedziałyśmy we trzy w zaciszu restauracyjnej sali, za oknami padał deszcz, a miasto tętniło swoim popołudniowym, ożywionym gwarem. Zaczęłyśmy rozmawiać o Marcie i jej karierze i to co mówiła tak bardzo nam się spodobało, że w pewnym momencie postanowiłam włączyć dyktafon i wszystko nagrać, aby nie uleciało. Tak powstał ten wywiad - bez planu, bez długich przygotowań – spontaniczna i mocno zapadająca w pamięć rozmowa o skomplikowanej drodze do zawodu śpiewaczki operowej i miłości do muzyki. Zapraszam. Nadia A. 

Agnieszka: Nigdy jeszcze nie przeprowadzałam wywiadu i nie wiem jak się do tego zabrać.

Nadia: Kiedyś musi być pierwszy raz. :-) Najlepiej zacznij od początku.

Agnieszka: No dobrze spróbuję. Marto, czy możesz nam powiedzieć jak to się stało, że wybrałaś właśnie karierę wokalną?

Marta: Od dzieciństwa zawsze chciałam zajmować się muzyką, ale moja mama twierdziła, że szkoła muzyczna jest za ciężka, że dzieci nie mają czasu, żeby być dziećmi, więc nie posłała mnie do takiej szkoły. W związku z tym sama sobie organizowałam wszelkie możliwe zajęcia muzyczne, śpiewałam w kilku chórkach, grałam na fortepianie. W końcu w poznańskim chórze dziewczęcym Skowronki, w którym się zadomowiłam na kilka lat, dyrygentka Alicja Szeluga doradziła mi, żeby zaczęła uczyć się śpiewu solowego. Najpierw zaczęłam więc uczyć się u poznańskiej śpiewaczki Benigny Jaskulskiej. Przełomowym momentem dla mnie był wyjazd na konkurs wokalny do Sieradza. Były to konkurs w dwóch kategoriach: dla śpiewaków, którzy chodzili do szkół muzycznych i dla śpiewaków, którzy się uczyli prywatnie. Komisji przewodniczył Bernard Ładysz. To był w zasadzie pierwszy raz, kiedy zaprezentowałam się publicznie i po raz pierwszy usłyszałam też jak śpiewają inni młodzi śpiewacy. Jak się nie chodzi do szkoły muzycznej, to nie ma się pojęcia jak inni śpiewają. Zupełnie nieoczekiwanie dla mnie samej wygrałam ten konkurs, a jurorzy powiedzieli mi, że spokojnie wygrałabym też w kategorii osób uczęszczających do szkół muzycznych. Wówczas po raz pierwszy dotarło do mnie, że mogłabym w zasadzie związać swoją przyszłość ze śpiewem operowym.

Gianetta w L'elisir d'amore, Opera w Kolonii, fot: Xenia Lassak 

Agnieszka: Co śpiewałaś wtedy?

Marta: Śpiewałam „Leci liście z drzewa” Chopina - patriotyczna, bardzo poważna pieśń jak na siedemnastolatkę, Fac ut portem ze Stabat Mater Pergolesiego oraz Zueignung Ryszarda Straussa. Dość ambitny program, z czego wtedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy. Pamiętam, jak wyjeżdżamy z tego Sieradza, jak się kładę na tylnym siedzeniu w samochodzie taty i nagle nadchodzi jakieś takie niezwykłe uczucie, myśl, że coś nowego się otworzyło, że teraz wszystko może będzie inaczej, że jest jakaś inna droga, której wcześniej nie brałam naprawdę na poważnie….

Nadia: Zanim włączyłam dyktafon wspomniałaś, że przed tym jak poważnie zajęłaś się muzyką, chciałaś pisać? Możesz powiedzieć nam coś o swoim pisaniu?

Marta: Tak, pisałam w zasadzie od zawsze. Moje pierwsze wierszyki ukazywały się w Kąciku Dziecięcym – dodatku dla dzieci do Gazety Wyborczej, miałam chyba siedem lat.

Agnieszka: Super!

Jako Wellgunde w Złocie Renu, Hessisches Staatstheater Wiesbaden,
fot: Monika Foster


Marta: To się zaczęło dosyć szybko rozwijać i już w wieku17 lat, zadebiutowałam Zeszytach Literackich obok tak wspaniały poetów jak Czesław Miłosz, więc to było dla mnie ogromne wyróżnienie. Kolejne teksty ukazały się m.in. w Arkuszu i znów w Wyborczej, tym razem w weekendowej rubryce „Wiersz Wyborczej”, wygrałam masę konkursów poetyckich. Na początku myślałam, że raczej pójdę w tym kierunku, że będę pisać wiersze, albo zostanę literaturoznawcą. Chciałam pracować ze słowem, a ten śpiew to się zobaczy, może kiedyś, ale pewnie raczej pisanie. Ale to się w czasie studiów zaczęło zmieniać. Co ciekawe, pisanie przychodziło mi dużo łatwiej niż śpiewanie, bo byłam tak zwanym naturszczykiem – jak już zasiadałam do pisałam, to był flow i zwykle nie musiałam wiele poprawiać. Nie przechodziłam tak zwanych „mąk twórczych”. Natomiast ze śpiewaniem było tak, że o ile zawsze miałam jakąś łatwość ekspresji, to z techniką wokalną zawsze miałam problemy. Miałam w życiu 12 nauczycieli, ciągle zmieniałam, bo wciąż nie mogłam dojść do tego momentu, w którym czułabym, że mój głos jest naprawdę wolny. W którymś momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, co ja w ogóle zrobiłam i dlaczego rzuciłam pisanie i poszłam w coś, co tak naprawdę jest dla mnie trudniejsze! W śpiewie też jest dużo większa konkurencja, a w pisaniu, mając 20 lat miałam powiedzmy już jakąś tam pozycję, ludzie mnie znali, wysyłałam teksty, drukowali mnie, jeździłam na konferencje... Ta droga wydawała się prostsza. Myślę jednak, że tak naprawdę dużo bardziej się rozwinęłam, wybierając właśnie to, co jest dla mnie trudniejsze. Musiałam nauczyć się wielu nowych rzeczy- zacząć bardziej pracować bardziej ciałem niż głową. Śpiewanie jest pracą ciałem i do tego potrzebna jest raczej dobrze rozwinięta inteligencja kinestetyczna niż intelektualna i ja jako dziecko wychowane w domu, w którym wszyscy zajmują książkami, językami, albo tłumaczeniami musiałam to wszystko dla siebie odkryć. Jednocześnie jednak musiałam też na przykład opanować języki obce.

Agnieszka: Ile języków? Opowiadaj.

Marta: Angielski, niemiecki, francuski i włoski…

Nadia: Mnie to zawsze imponuje iloma językami potrafią posługiwać się śpiewacy, a tu człowiek jeden angielski, a z niemieckim walczy od lat i ciągle czegoś brakuje… :-). Wróćmy jednak do Twoich życiowych wyborów. Rozpoczęłaś równocześnie studia na wydziale wokalnym warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego oraz na Uniwersytecie Warszawskim..


Jako Amelie w La Grande duchesse du Gerolstein w Operze w Kolonii,
fot: Bernd Uhlig 

Marta: Tak, dzięki wygranym w liceum Olimpiadzie z Literatury i Języka Polskiego oraz z Historii Muzyki miałam wolny wstęp na Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne, czyli tak zwany MISH. To jest taki elitarny program, dla ludzi, którzy przychodząc na studia, są na tyle dojrzali, że mogą sobie korzystać z różnych zajęć, a jednocześnie zrobić minimum programowe z jednego lub dwóch przedmiotów. To wymagało dużej samodzielności, żeby sobie samemu tak ułożyć plan, aby móc rozwijać swoje pasje i zainteresowania, a jednocześnie sensownie i stopniowo zdobywać potrzebną wiedzę i umiejętności. Niełatwo się pogubić, kiedy tu chodzi się na sztukę współczesną, tu na zajęcia językoznawcze , a tutaj ćwiczenia z fenomenologii..

Nadia: A w którym momencie muzyka na dobre pojawiła się w Twoim życiu?

Marta: Poza oczywistą inspiracją, którą były dla mnie studia wokalne na UMFC, bardzo ważnym elementem były dla mnie właśnie moje studia humanistyczne. Na MISH-u moim tutorem był profesor Michał Bristiger, wybitny muzykolog, który niestety zmarł dwa lata temu. Wszyscy jego studenci i doktoranci zwracali się do niego per „Prof.” Dzięki niemu poznałam bardzo ciekawe środowisko w Warszawie, związane ze Stowarzyszeniem De Musica. W ramach seminariów stowarzyszenia miałam okazję realizować obie swoje pasje – występowałam w koncertach, ale i wygłaszałam muzykologiczne referaty. Miałam okazję poznać ludzi, tworzących polską kulturę, który dotychczas znałam tylko z gazet czy książek, jak na przykład Barbarę Toruńczyk, prof. Macieja Jabłońskiego (niestety już świętej pamięci), prof. Karola Bergera, prof. Marcina Gmysa, Tomka Cyza, Macieja Grzybowskiego, Ewę Schreiber. Dla mnie to było niesamowite, bo miałam 19 lat i nagle poznałam tylu ciekawych ludzi, którzy współtworzyli kulturę w Polsce na tym najwyższym poziomie! Tak około drugiego roku studiów zaczęłam coraz wyraźniej czuć, że świat śpiewu przyciąga mnie jednak dużo bardziej. Dodatkowo nigdy nie miałam smykałki, żeby siedzieć w bibliotekach i czytać, to co napisali inni. Kiedy pisałam moje prace roczne, to na przykład brałam na warsztat jakąś operę i sama ją analizowałam a Prof. to potem czytał i mówił: „Marto, Marto, co ja mam ci powiedzieć, właściwie to wszystko co piszesz jest niezwykle trafne, ale nie możesz jako muzykolog nie mieć żadnej pozycji w bibliografii! Nie możesz nie respektować tego wszystkiego, co inni przed tobą napisali.” Myślę, że wtedy zaczęłam rozumieć, że moja artystyczna strona jest dla mnie ważniejsza niż ta intelektualna i że bardziej mnie pociąga bycie kreatywnym, niż uczestnictwo w meta - narracji czyli bycie krytykiem czy badaczem. Stając twarzą w twarz w dziełem muzycznym czy jakimkolwiek innym dziełem, zaczynamy tworzyć relację, komunikujemy się z utworem i jednocześnie komunikujemy siebie poprzez ten utwór. To się dzieje w dużej mierze na poziomie podświadomości i intuicji i branie udziału w tej interakcji jako wykonawca jest dla mnie dużo bardziej fascynujące, niż opisanie czy analizowanie dzieła.

Fot: Kinga Karpati 

Nadia: Tworzenie, a nie powtarzanie po kimś. Cecha indywidualistów. I co było dalej? Studiowałaś równolegle na dwóch uczelniach i …nagle znalazłaś się w Nowym Jorku ?

Marta: Na trzecim roku zaczęłam mieć problemy z głosem, ciągle byłam schrypnięta. W końcu po konsultacjach z foniatrą zrozumiałam, że technika wokalna, której się uczyłam była forsująca dla głosu i że muszę zmienić sposób śpiewania. Chciałam wyjechać za granicę tak czy owak, bo wydawało mi się, że tam zdobędę lepsze wykształcenie. Wyjazd na semestr na Erasmusa na przykład wydawał mi się zupełnie niewystarczajączy. Kształcenie głosu wymaga czasu i konsekwentnej pracy, technikę kształci się latami. W grę wchodzą też pewne nawyki mięśniowe, a to jest tak jak z chodzeniem na siłownię, człowiek z dnia na dzień nie zmieni swojej sylwetki.

Nadia: I udało Ci się zrealizować Twoje plany wyjazdu za granicę! Jak do tego doszło?

Marta: W czasie Konkursu Moniuszkowskiego w 2007 roku Pani Monika Strugałowa, która lat jest dla mnie od lat przewodnikiem w świecie muzyki i kultury i wielkim wparciem, przedstawiła mnie jednemu z jurorów, Charlesowi Kellisowi, którym był emerytowanym profesorem z Juilliard i uczył prywatnie w swoim studio na Manhattanie. Spotkałam się z nim i zaśpiewałam dla niego. Powiedział: „Wow, masz niesamowity instrument, świetny potencjał, ale rzeczywiście masz problemy z techniką. Jeżeli masz taką możliwość, przyjedź do Nowego Jorku, pomogę ci przygotować się do egzaminów na studia.” To był pierwszy zbieg okoliczności, który zadecydował o mojej dalszej karierze. Drugi zbieg okoliczności był taki, że w 2007 roku był kryzys finansowy i dolar był tak słabiutki, że jeden dolar kosztował 2 zł i w zasadzie pojechanie do Ameryki było dużo tańsze niż pojechanie na przykład do Anglii. Do tego moi rodzice akurat w tych miesiącach sprzedali ogród, który próbowali od lat sprzedać; ogród przy Jeziorze Maltańskim w Poznaniu, który moja mama odziedziczyła po babci.

Dama :-)  w Czarodziejskim flecie w Operze w Kolonii 

Agnieszka: Znam, mieszkałam na Golęcinie.

Marta: No proszę, jaki świat jest mały. Za czasów mojej mamy to były to tereny niemalże poza miastem, a teraz miasto się tak rozbudowało, że ta ziemia nabrała ogromnej wartości i nagle mieliśmy z jej sprzedaży dużo pieniędzy. Moi rodzice powiedzieli więc: Rodzice byli więc w stanie wspomóc mnie finansowo w moich pierwszych miesiącach intensywnej pracy z Charlsem Kellisem, która zaowocowała dostaniem się do Manhattan School of Music. Dostałam stypendium, pokrywające około 30% mojego czesnego, ale niestety ciągle brakowało mi około 20.000 dolarów. Życie w USA i szkoły są tam niestety bardzo drogie. I wówczas zdarzył się kolejny cud w moim życiu. Zdesperowana zaczęłam rozsyłać listy po wszystkich możliwych fundacjach w Polsce i pewnego dnia dostałam telefon z fundacji Leszka Czarneckiego. „Pani Marto -usłyszałam - my mamy taką fundację, w której pomagamy ludziom, którzy ulegli wypadkom i chcą wrócić do normalnego życia, więc normalnie fundujemy protezy, albo wózki inwalidzkie, takie bardzo wyspecjalizowane, ale właśnie otworzyliśmy też nowy oddział fundacji dla wybitnie utalentowanych muzyków i pani płyta przyszła wczoraj. Spadła nam pani z nieba.” Ja na to: „To państwo mi spadli z nieba!” :-) Przez całe trzy lata moich studiów w Manhattan School of Music byłam stypendystką Fundacji. Naprawdę miałam dużo szczęścia w życiu. Te studia w Stanach to było więcej niż mogłam sobie wymarzyć. Poziom profesjonalizmu, poziom zaangażowania pedagogów, a do tego to holistyczne podejście- uczono nas nie tylko jak śpiewać, ale też jak prezentować się na przesłuchaniach, jak się ubrać, jak dbać o zawodowe kontakty, jak sobie radzić z emocjami, zazdrością czy z przerostem ambicji! To był naprawdę piękny czas i tam rzeczywiście wszystko się jakoś tak potoczyło jak z płatka. Już na pierwszym roku wyłowiono mnie i zostałam obsadzona jako książę Orłowski w Zemście Nietoperza. Spektakle operowe w Manhattan School of Music słyną z bardzo wysokiego poziomu i są recenzowane przez New York Times jako normalne profesjonalne produkcje. Nasza Zemsta Nietoperza była wielkim sukcesem, a ja czułam się na scenie jak ryba w wodzie, mimo że był to mój debiut!

Macocha w Królewnie Śnieżce Mariusa Felixa Lange w Kolonii

Nadia: Historia prawie jak z bajki. Miałaś naprawdę dużo szczęścia, ale szczęściu trzeba czasami pomagać, a ty byłaś i jesteś bardzo aktywna, odważna, nie boisz się wyzwań, nie czekasz na to, że ktoś się do Ciebie odezwie, tylko sama szukasz nowych dróg. To bardzo cenna cecha w Twoim zawodzie, no i wsparcie bliskich osób. Wszystko to masz.

Marta: Rzeczywiście miałam bardzo dużo szczęścia, za co jestem wdzięczna losowi, a bliskim mi osobom jestem wdzięczna na wsparcie. Nigdy nie jest tak, że ciągle jest różowo i pasmo sukcesów. Później też były oczywiście różne momenty, bo tak naprawdę jest tyle konkurencji w tym zawodzie i trudno się przebić, człowiek musi chodzić na przesłuchania i raz dostanie dobry feedback, raz dostanie zły feedback, raz dostanie rolę, raz nie dostanie i trzeba się do tego jakoś przyzwyczaić, trzeba być twardym, nie zrażać się, nie poddawać, nie tracić wiary w siebie i swoje możliwości. Niezwykle ważne dla mnie jest także to, że mam cudownych rodziców, przyjaciół, ludzi, do których mogę zawsze zadzwonić i po prostu pogadać, gdy tego potrzebuję. To dla mnie źródło ogromnej siły, która pozwala mi rozwijać się i iść do przodu mimo przeciwności.

Nadia: Jak teraz wygląda Twoje życie i Twoja praca. Gdzie mieszkasz, czym się zajmujesz?

Marta: Od 2012 mieszkam w Kolonii.

Agnieszka: Jak to się stało, że z USA trafiłaś do Kolonii?

Marta śmieje się: Kolejny zbieg okoliczności, specjalizuję się w nich :-). Po studiach w Nowym Jorku dostałam się do Studia Operowego w Virginia Opera w Norfolk . Jest to bardzo dobra opera, opera której niewiele osób w Polsce wie, ale tam zaczynała przykład Rene Fleming. .W Virginia Opera miałam swój profesjonalny debiut jako Aglaonice w Orfeuszu Philipa Glassa. W grudniu akurat nie mieliśmy prób i trochę nudziłam dlatego postanowiłam pojechać do Nowego Jorku, żeby tam wziąć jakieś lekcje śpiewu i spotkać się ze znajomymi. Zupełnie przypadkowo natknęłam się na moją nauczycielkę aktorstwa z Manhattan School of Music, która powiedziała: „O, Marta, masz czas w przyszłym tygodniu, bo są takie przesłuchania międzynarodowe dla agentów, to się nazywa New York International Opera Audition (NYIOP) i oni potrzebują kogoś, kto będzie siedział razem z tymi agentami w sali, robił im kawę, rozdawał resume jak przychodzą śpiewacy itp”. No więc ja oczywiście bardzo chętnie i dostałam tę robotę, można powiedzieć, że normalnie przy parzeniu herbaty :-) Przez dwa dni siedziałam z tymi agentami na przesłuchaniach, co było niesamowicie ciekawe, bo słyszałam wszystko co oni mówią…

Maddalena w Operze w Kolonii

Agnieszka: Ojej – powiedz koniecznie: czego oni chcą, czego oczekują, jak oceniają śpiewaków?

Marta: O to bardzo skomplikowane i zależy od wielu czynników. Wówczas mieli pisać feedback na takich malutkich karteczkach, który później miał być przekazywany śpiewakom i czasami mówili co innego i pisali co innego! Na przykład wyszedł jakiś baryton, śpiewał świetnie tak charyzmatycznie, bardzo cicho, popisując się niesamowitymi pianami i ten agent mówi do innych agentów: „Ale takie piano, to się raczej nie poniesie w dużym teatrze, to jest niepodparte”, po czym widzę, że napisał na karteczce do feedbacku: „You're great, please contact me.” :-). Drugiego dnia przesłuchań jeden z agentów spytał mnie „A czym ty się w ogóle zajmujesz tak na co dzień?” Powiedziałam, że na co dzień jestem śpiewaczką, a tutaj tak sobie dorabiam. Wtedy poprosili, żebym dla nich zaśpiewała. Zaśpiewałam dla nich i z marszu dostałam propozycję ze Opera Studio w Kolonii. Dośpiewałam jeszcze ten sezon w Wirginii i w 2012 roku przeprowadziłam się do Niemiec, do Kolonii. Tam uczęszczałam dwa lata do Opera Studio, później przez rok należałam do zespołu teatru, a od 2015 jestem freelancerem, czyli mieszkam nadal w Kolonii, tam jest moja baza, a śpiewam w różnych teatrach.

Agnieszka: Jak wygląda Twój sezon?

Marta: Kiedy jest się freelancerem, każdy sezon wygląda zupełnie inaczej. Ten sezon jest akurat bardzo ciekawy, bo jestem w różnych bardzo miejscach. Zaczęłam od Francji, od Sinfonia en Perigueux, festiwal na południu Francji, gdzie brałam udział w koncertowym wykonaniu Cosi fan tutte z Alexisem Kossenko i jego orkiestrą Les Ambassaderus Później był Jasiu czyli Hänsel w Hänsel und Gretel w Wuppertalu, Suzuki w Madame Butterfly w Münster, Cherubino w Weselu Figara w Kaiserslautern , po drodze jeszcze Juda Machabeusz z Capellą Cracoviensis w NOSPR-ze.

Cherubino w Weselu Figara w Kolonii

Nadia: Jestem wielbicielką Capelli Cracoviensis. Miałam też przyjemność usłyszeć Ciebie jak śpiewałaś na Festiwalu Bachowskim w 2018 r. Jak zaczęłaś współpracować z Capellą?

Marta: Też oczywiście przez przypadek, a mianowicie dostałam raz e-mail od jednej z wiedeńskich agencji z zapytaniem, czy nie chciałabym wskoczyć w produkcję Cavalleria Rusticana pod Wiedniem na Festiwalu w Sankt Margarethen. Niestety byłam już zabookowana na ten czas, ale z ciekawości sprawdziłam, za kogo miałabym wskoczyć. Okazało się, że za moją koleżankę ze studiów- Natalię Kawałek- Plewniak. Napisałam więc do Natalii spontanicznie, rozbawiona tym, jaki świat jest mały. Okazało się, że Natalia właśnie dostała rolę Cherubina na Festiwalu w Glyndebourne i musiała odwołać w związku z tym kilka projektów. Spytała mnie więc od razu, czy skoro nie mogę zaśpiewać w Sankt Margarethen, może mogłabym za nią zaśpiewać Dorabellę w Cosi fan tutte w Filharmonii Krakowskiej z Capellą i tak się zaczęło. Uwielbiam pracować z Capellą. Śpiewając z nimi, ma się poczucie, jakby się było niesionym na wodzie. Jest w ich grze niesamowita zwiewność, flow, a jednocześnie żar i pasja. I atmosfera w zespole jest niezwykłe, to wspaniali ludzie, którzy kochają muzykę, którym zależy na tym co robią i którzy do tego jeszcze mają świetne poczucie humoru. Nie mogę się doczekać naszego kolejnego koncertu, a mianowicie Judy Machabeusza tym razem w Concertgebouw w Amsterdamie.

Koncertowe wykonanie Judy Machabeusza
Festiwal Bachowski 2018 

Nadia: To może wróćmy do Kolonii, bo przerwałam Ci tę opowieść o tej Kolonii. Stanęłyśmy na tym, że jesteś freelancerem. Co to oznacza?

Marta: W każdym roku dostaję propozycje z różnych teatrów, czasami się powtarzają, na przykład dosyć często goszczę w Staatstheater w Wiesbaden. Robiłam tam na przykład liryczne role wagnerowskie, odpowiednie dla mojego głosu takie jak Wellgunda w Złocie Renu i Zmierzchu Bogów oraz Siegrune w Walkirii. Śpiewałam też na przykład w Bonn w Benvenuto Cellini Berlioza, bardzo wymagającą partię Ascanio, za którą muszę się pochwalić, zgarnęła świetne recenzje. Często jestem też zapraszana na występy gościnne do mojej „matczynej” opery czyli Oper Köln. W zeszłym sezonie gościłam tam m.in jako Maddalena w „Rigoletto”, a w tym sezonie jako Amélie w „Wielkiej Księżnej Gerolstein”. W przyszłym sezonie zadebiutuję w teatrze w Saarbrücken w „Pasażerce” Mieczysław Weinberga.

Fot: Kinga Karpati

Nadia: Jesteśmy z Ciebie bardzo dumne!

Agnieszka: Bardzo!

Nadia: Opowiedz jeszcze, co robisz teraz we Wiedniu!

Marta:We Wiedniu mamy próby do „Pulcinelli” Igora Strawińskiego, którą będziemy wystawiać w lutym w Filharmonii w Luxemburgu w wersji scenicznej. To bardzo ciekawy projekt, nasza ekipa składa się z reżyserki i jej asystenta, choreografa, dramaturżki, aktora, trzech tancerzy i trzech śpiewaków. Naszym znakomitym pianistą jest Polak- Marcin Kozieł! Uwielbiam takie projekty i intensywną pracę w małym gronie z ludźmi mojego pokolenia. Każdy może dorzucić swój pomysł, wspólnie czuwamy nad jakością i integralnością spektaklu, który tworzymy. A dla mnie projekt jest tym bardziej rozwijający, że nie tylko śpiewam, ale i… tańczę pas de deux z najprawdziwszym tancerzem z baletu Opery Wiedeńskiej! Na studiach miałam 4 na szynach z tańca, więc jak widać bardzo się od tego czasu rozwinęłam! (śmiech)

Nadia: Lubisz wracać do Polski i śpiewać w Polsce? Jak doszło do tego, że występujesz w konkursie finałowym Festiwalu Mozartowskiego Warszawskiej Opery Kameralnej?

Marta: Oczywiście! Przyznam otwarcie, że wiąże się z tym zawsze trochę stresu, bo czasem włącza się we mnie ta „stara Marta”, ta która niemal straciła głos w czasie studiów i która podjęła ogromny wysiłek, żeby ten głos zreparować i nauczyć się śpiewać niemal od nowa. Więc czasem, kiedy przygotowuję się do występów w Polsce, odzywają się we mnie jakieś stare kompleksy albo poczucie niepewności siebie. Staram się jednak wtedy myśleć, że to wszystko jest częścią mojego życia i mojej historii i że tylko wtedy mogę być w pełni sobą (również na scenie), kiedy zaakceptuję całą moją dotychczasową drogę, łącznie z tymi momentami, kiedy było trudno i kiedy trzeba było mocno walczyć o siebie.
Do wzięcia udziału w Gali Finałowej Festiwalu Mozartowskiego zaprosił mnie dyrygent Alexis Kossenko, z którym na początku tego sezonu miałam przyjemność śpiewać Cosi fan tutte. Strasznie się cieszę na nasz sobotni koncert, bo poproszono mnie o wykonanie niezwykle pięknej arii koncertującej Ch’io mi scordi di te, KV 505 Mozarta. To dialog pomiędzy głosem, fortepianem i orkiestrą. 10 minut niebiańskiej muzyki!

Babcia w Räuber Hotzenplotz w Kolonii

Nadia: Rodzice muszą być zachwyceni mając tak utalentowaną córkę. Jeżdżą na wszystkie Twoje spektakle i koncerty?

Marta: Tak, jak tylko mogą to jeżdżą. Jest nawet taki klub– moi rodzice mają szóstkę przyjaciół, którzy bardzo się też interesują muzyką klasyczną i jako że najpierw przyjeżdżali na moje występy w Kolonii, nazwali swoją ekipę CMOK- Centrum Miłośników Opery Kolońskiej (śmiech). Całą grupą byli też na przykład w Gandawie na moim występie w Musiekcentrum na „Recital for Cathy” Luciano Berio. To niesamowity utwór na solistkę i orkiestrę, w którym się śpiewa i mówi na zmianę. Tekst jest złożony z różnych cytatów z literackich źródeł. Miałam okazję to wykonywać Dusseldorfie w Tonhalle i w Gandawie właśnie. Moi rodzice byli też przykład teraz na święta na moich spektaklu Hänsel und Gretel w Wuppertalu, i nawet się popłakałam w czasie spektaklu w scenie, w której śpimy i przychodzą do nas anioły, bo jakoś tak poczułam przez chwilę, że znów jestem takim małym Hänslem (Jasiem), którego mama i tata przyjechali na spektakl.

Z Sebastianem Szumskim
Cosi fan tutte
Festiwal Bachowski Świdnica 2017 

Agnieszka: To wspaniałe mieć takie wsparcie w rodzinie. Ja także staram się bardzo wpierać moje dzieci w ich drogach życiowych, cieszę się ich sukcesami, przeżywam porażki. Moja córka jest aktorką we Francji. Bardzo się z tego cieszę, ale także martwię jak potoczy się jej kariera. Rola matki artyski wcale nie jest łatwa, dlatego przesyłam serdeczne pozdrowienia dla Twoich Rodziców. :-) Dziękujemy Ci za rozmowę, a na jej zakończenie zadam Ci jeszcze najbardziej oczywiste pytanie świata - którą operę lubisz śpiewać najbardziej ?

Marta: Chyba Cosi fan tutte, Dorabella ma tyle energii. A rola marzeń to Oktawian w Kawalerze Srebrnej Róży.

Agnieszka i Nadia: Życzymy Ci wielu, wielu wspaniałych ról i trzymamy kciuki za Twoje występy. Do zobaczenia, być może kiedyś w Wiedniu, gdy staniesz na którejś z tutejszych scen !


Z Martą w Wiedniu 2019 









Instagram